czwartek, 24 maja 2012

Klubowe Mistrzostwa Polski


Ostatni weekend na pewno dostarczył wszystkim polskim orientalistom sporo przeżyć, ale czy właśnie po takie przeżycia jechaliśmy na te KMP? Wydaje mi się, że nie. I chociaż nie chcę krytykować organizacji zawodów, to jednak na wstępie muszę wymienić to co mi się nie podobało. Pierwszą wtopą jakiej doświadczyłem był dojazd na sztafety. Jako, że dojeżdżałem własnym samochodem, a nie często jeżdżę do Tomaszowa, postanowiłem wpisać w nawigację współrzędne z komunikatu technicznego. Jakie było moje ździwienie kiedy Hołek oświadczył, że jesteśmy u celu, a my staliśmy na środku drogi wśród pól. Co gorsze miejsce to było oddalone od właściwego o ponad 50km!!! Na szczęście organizatorzy przewidując, że nie tylko ja zabłądzę korzystając z błędnych współrzędnych, opóźnili start o 48min… Od początku wiadomym było, że tereny nas nie zachwycą. Jednak wierzyłem, że po to organizator wywleka nas 60km od Łodzi( co w przyszłości jest problemem w dojeździe na treningi), żeby zabrać nas w chociaż trochę ciekawsze tereny. Niestety, na sztafetach doświadczyliśmy biegania ścieżkowo-gęstwinkowego. Od początku wiedziałem, że w tym terenie punkty będą stały na dołkach pośród niczego, i właśnie tych punktów bałem się najbardziej(ale moim zdaniem nie są to punkty trudne, tylko takie  „na szczęście”). Na dodatek mapa mi nie grała(na szczęście nie tylko mi) w kilku miejscach, a w miejscu gdzie popełniłem największy błąd(18pkt-strata ponad 2’) ścieżka dochodziła do drogi pod innym kątem… Na klasyku nie doświadczyłem takich wtop, chociaż dochodziły do mnie słuchy o błędach na mapie(czy to się w Polsce kiedyś skończy?!- czy można nie oszczędzać na mapmaker’ach?!). Teren nieco ciekawszy, było gdzie robić błędy, chociaż przez brak poziomic bardzo szybki i miejscami nudny. Na sprincie to co zdenerwowało mnie na wstępie to brak komunikacji między organizatorami. Jeden mówi mi o zaparkowaniu auta w CZ, drugi chcę mi dać dyskwalifikację za zaparkowanie w CZ. Dodatkowo druk map, który mocno utrudniał czytanie mapy(na szczęście wszyscy mieli ten problem, a ja potrafiłem poradzić sobie z nim całkiem nieźle). Kolejnym błędem, który wprawił mnie w zakłopotanie była niezgodność opisów z mapą. Jednak kwintesencją, taką można powiedzieć wisienką na torcie do mojej oceny organizatorów tej imprezy było ich stwierdzenie, że nie wydadzą nam nagród(głównie dla dzieci) za sztafety i klasyk i napiszą wniosek o ukaranie nas, ponieważ nie zostaliśmy na zakończeniu. Za mnie nagrody odebrała Rudzia, dzięki czemu jedno z 3 najważniejszych zadań w życiu mężczyzny mam już za sobą. Od razu wyjaśniam, że nie popieram nie zostawania na zakończeniu. Moim zdaniem jest to brak szacunku dla rywali(to nie miłe uczucie, kiedy speaker wyczytuję rywali, a okazuje się, że stoisz sam i nie masz komu pogratulować), ale są sytuacje, które jednak to wybaczają. Te sytuacje to np. zakończenie o godzinie 18.30, kiedy zawody kończą się o 13, a Ty każdego dnia dojeżdżasz na zawody 60km. Zostać cały dzień do zakończenia? Hmm, czemu nie, masz znajomych, pójdziesz na pizze, ale czy to jest regeneracja przed następnym dniem ścigania? I co z dziećmi, które muszą coś zjeść, a po to klub dojeżdża każdego dnia, żeby zaoszczędzić pieniądze.  Kończąc słowa wstępu, żeby nie było tak źle, chcę zaznaczyć, że bardzo doceniam zaangażowanie, pomysłowość i wykonanie nie których aspektów. Liczne wpisy na stronie, atrakcje, ściągniecie dużej firmy jako reklamy, bufet, gazetka, prysznice z cieplą wodą, duże mapy z przebiegami, relacje live,wywiady i wiele innych to duży krok do przodu dla polskiej orientacji.

Przechodząc do kwestii sportowej, sztafetę biegałem z Chrupkiem i Marianem. Skład nie najmocniejszy, ale na pewno do powalczenia. Po dobrym biegu Chrupka i średnim Mariana, startowałem 6. Pierwsza część trasy to bardzo udany bieg w moim wykonaniu, jedynie małe wahnięcia na 4,7,12 i 13 pkt. Niestety po widokowym, po usłyszeniu wielkości strat do kolejnego zawodnika, trochę odpuściłem, co spowodowało duży błąd na 18pkt(ponad 2’). Skończyliśmy na 4miejscu, co i tak uznaję za sukces!



W sobotę rozpoczęły się eliminację do JWOCa. Na pierwszy ogień poszedł klasyk. Ruszyłem pewnie, ale nie zbyt szybko. Podobnie jak na sztafetach pierwsza część szła bardzo dobrze. Niestety na 13pkt(podobnie jak wielu eliciarzy) nie potrafiłem wejść czysto i zostawiłem tam 30’’. Błąd na 14 był winą złego wyczytania poziomic i kolejne pół minuty stracone. Dalej lekki wózek na plecach Rycha do wodopoju, i końcówka, która moim zdaniem była najtrudniejsza z całej trasy. Na wejściach na 19 i 20 zwolniłem, żeby nie stracić zbyt dużo, co przyniosło dobre efekty. Niestety dalej chciałem już troszkę szybciej i tak przyniosło to odpowiednio 20’’ i 30’’ straty na 21 i 22pkt. Do końca już czysto. Czas 61’33’’ był o 1’33 za długi od tego, który typowałem przed startem. Gdyby nie błędy, udałoby się. Mimo wszystko uważam, że był to dobry bieg, co pokazała wygrana o 4 i 8minut nad największymi rywalami w mojej kategorii.



Ostatnim etapem był sprint na osiedlu. Wiedziałem, że będzie to szybkie bieganie, nie zbyt trudne, ale przecież do takiego biegania jestem całkiem nie źle przygotowany. Dodatkowej motywacji dostarczały fakty, że kategorie M20 i M21 miały tą samą trasę oraz pościg Papusia na minutę. W dość łatwym terenie popełniłem jednak kilka błędów(5’’na 1pkt, zły wariant na 5-5’’,złe wejście na 13-6’’,zły wariant na 15-8’’). Udało się wygrać swoją kategorię o ponad minutę z Papusiem, którego dogoniłem na 18pkt, a którego widziałem już od 10pkt(co prawda mignął mi na 2pkt, kiedy ja odbiegałem od 1, ale to była jeszcze spora strata). Czas 17:11 i czwarte miejsce w elicie. Niestety do tych najlepszych w kraju jeszcze brakuję.



Ciekawi mnie jeszcze żywopłot przy 21pkt, czy jest on do przejścia? Ja go obiegłem przez co straciłem aż 8sek(może kilka przez szukanie 23punktu na mapie).

Tych zawodów nie potrafię ocenić jednoznacznie. Z jednej strony duże zaangażowanie, poświęcenie i planowanie, z drugiej wiele potknięć w kwestiach, które dla mnie są najważniejsze(teren,trasy,mapy). Mam nadzieję, ze Ci organizatorzy będą mieli jeszcze szansę zorganizowania dużych imprez i pokazania, że potrafią wyciągać wnioski. Ze swoich startów jestem zadowolony. Oczywiście chciałoby się biegać jeszcze szybciej, robiąc jeszcze mniej błędów, ale widzę ze z dnia na dzień jest coraz lepiej. 

wtorek, 15 maja 2012

Limit 2012


Wszystkie moje przygotowania prowadzą mnie do jak najlepszego występu na JWOCu, wszystko podporządkowane jest temu, żebym szczyt formy miał właśnie na mistrzostwach, ale najpierw trzeba tam pojechać. Pierwsza wiadomość jaka dotarła do mnie w okolicach grudnia/stycznia głosiła, że medaliści MŚ jadą bez eliminacji. Nie ukrywam, że była to dla mnie dobra wiadomość, głównie dlatego, że mogłem ustawić sobie przygotowania pod siebie, nie pod eliminacje. Niestety wiadomość nie potwierdziła się i tak każdy musi wystartować w eliminacjach, ale czy na pewno musi?

Pierwszym punktem eliminacji był sprawdzian formy biegowej. W tym roku, podobnie jak w ubiegłym dobre przygotowanie fizyczne trzeba było udowodnić na bieżni, zaliczając tzw. „ limit”. Dla mojej kategorii było to 16’40’’ na 5000m, a więc 10’’ wolniej niż w zeszłym roku. Wydawało mi się, że jest to czas nie przesadzony, a nawet, że jest do zrobienia przez każdego kto myśli o wyjeździe na mistrzostwa. Moje zmagania z limitem zaplanowaliśmy na ostatni możliwy dzień, czyli 13maja. Z jednej strony było to dość ryzykowne, bo gdyby np. przyplątała się jakaś choroba czy drobna kontuzja mógłbym mieć problem, z drugiej jednak wiedziałem, że przygotowany jestem na dużo szybsze bieganie. Na szczęście żadnej kontuzji nie mam, żadne choroby się mnie nie trzymają(i byle tak do lipca), dzięki czemu w niedziele wieczorem mogłem robić swoje. Ostatni tydzień, wreszcie był tygodniem luzu i dużo mniejszego kilometrażu. Odpocząłem i byłem gotów na szybki bieg. W odróżnieniu do zeszłego roku, w tym miałem pobiec na maxa. I tak założeniem było 15:30, czasy na kartce ustawiłem sobie na 15:25, a marzeniem było 15:15. W łodzi nie było zbyt dużo chętnych do biegania 5km, a nawet nie było nikogo poza mną. Na szczęście znalazło się kilka osób, które zgodziły się poprowadzić mi po 1km, dzięki czemu ani przez chwilę nie biegłem sam. Uzyskałem czas 15:25, co było dla mnie zadowalające, ale nie było spełnieniem marzeń. Kilometry wychodziły równo chociaż, mały kryzys przyszedł na czwartym kilometrze.
Czasy:
3:06
3:06
3:06
3:08
2:59

Nie mogę być nie zadowolony, ale pewien niedosyt po biegu był. W każdym razie forma rośnie.


W ciągu weekendu spływało do mnie sporo wiadomości ze wszystkich zakątków Polski. Największym zaskoczeniem były dla mnie wieści z Gdańska. Nie zaliczenie limitu przez 2 osoby, które moim zdaniem odegrałyby dużą rolę na JWOCu, a na pewno jedna z nich. Przeczytałem warunki eliminacji jeszcze raz. Niestety, wyraźnie mowa jest o limicie do 13maja:

d.  warunkiem kwalifikacji na MŚ jest wypełnienie normy biegowej podczas sprawdzianów               biegowych do dnia 12-13.05.2012 r. Szczegółowy harmonogram sprawdzianów zostanie podany w terminie późniejszym.

Co więc z osobami, które tego limitu nie zrobiły? Moim zdaniem, nie może powtórzyć się sytuacja z roku poprzedniego, gdzie najpierw podane zostały limity, a następnie powołani zawodnicy, którzy ich nie nabiegali. Ale, czy jest dla nich jakaś szansa? O ile jedna z tych osób w moich oczach ma gdzieś te mistrzostwa, o tyle druga z nich przygotowywała się do nich tak jak ja! Wydawało mi się nawet, że jest gotowa na TOP10. Może odpowiednia interpretacja punktu 8 zasad kwalifikacji im pomoże?

8.   Zespół Szkoleniowy Kadry Młodzieżowców w biegu na orientację informuje, że w przypadku zaistnienia istotnych okoliczności zasady kwalifikacji mogą ulec zmianom.
O ewentualnych zmianach kluby i zawodnicy kadry zostaną poinformowani
z odpowiednim wyprzedzeniem.

Co jednak stanie się, jeśli te osoby nie zostaną dopuszczone do ponownego biegania limitu, a tym samym do wyjazdu? Wszyscy Ci, którzy zrobili limit mogą czuć się już powołani. W mojej kategorii takich osób jest 3, a więc tyle ile miało jechać na koszt PZOS. Po co więc eliminacje z mapą w ręku, skoro to limit na bieżni stanowi o tym kto pojedzie, a kto nie? Jak słusznie zauważył jeden z czołowych seniorów, „las wszystko zweryfikuje”. Czy nie będzie nam głupio, kiedy zawodniczka, która wygra eliminacje ze znaczną przewagą nad pozostałymi nie pojedzie, z powodu braku limitu? Uważam, że bieżnia to bieżnia, a las to las, ale z drugiej strony czy warto zabierać chłopaka, który nie jest w stanie przebiec 5km po 3:20/km i dziewczynę, która nie przebiegnie 3km po 3:55/km? Nie wiem. Dla mnie jest to o tyle dobre rozwiązanie, że nie muszę martwić się tym, że nie będzie mnie na Balticu.    

czwartek, 10 maja 2012

Tiomila 2012


Tegorocznym prologiem Tiomili był 5 etap Silvy League, jak zawsze na dystansie sprinterskim. Wydawało mi się, że start jest rano, a jako, że lądowałem w Szwecji o 13, to myślałem, że bieganie tego sprintu nie będzie mi dane. Dlatego, w środę i czwartek miałem dwa mocne treningi na zakończenie obozu w Szklarskiej. Piątek miał być dniem odpoczynku i zbierania sił przed niedzielą. Jakie było moje ździwienie, kiedy przeglądając z ciekawości info tego sprintu, zobaczyłem, że jestem zgłoszony i startuję o 17:42. Szybki telefon do trenera, pozwolenie na szybki bieg i do boju. Wszechobecnie wiadome jest, że Olej sprinterem nie jest, ale jakoś mu one wychodzą. Nieco zmęczony na rozgrzewce myślałem tylko o nie popełnianiu błędów, jednocześnie bałem się części leśnej, dlatego postanowiłem się tam mocno skoncentrować. Jak się okazało część leśna była bardzo łatwa(punkty widziałem prawie z poprzednich). Dalej jeden ciekawy wariant(6), jeden przebieg bardzo sprytny(8) i część po widokowym leśno-parkowa. Niestety ta ostatnia część poszła mi średnio, straciłem sporo sekund przez odpływ energii i niezdecydowanie. Zająłem 5miejsce, a przegrałem 35sek z nie byle kim, bo z Eskilem. Wnioski są proste, na świeżości i przy dobrym biegu jestem w stanie powalczyć!



Sobota minęła na zbieraniu sił, krótkim treningu i oglądaniu poczynań kobiet na 10mili. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem rozpracowywania mapy przez ekipę z Sodertalje.

Od początku wiadomym było, że na Tiomili wystartuję w 2 składzie( do pierwszego jeszcze mi trochę brakuję, ale podkreślam JESZCZE). Niewiadomym jednak było dla mnie, na której zmianie, i tak pewnego pięknego dnia spadła na mnie wiadomość, która mocno mnie przygniotła. 10zmiana i 18km. Jakoś się już z tym pogodziłem, ale po przylocie do Szwecji dowiedziałem się, że ktoś z pierwszego składu miał kontuzję, są zmiany, i będę biegał 8zmianę. 13,6km brzmiało dużo lepiej niż 18. Mój team na początku nie spisywał się najlepiej, ale rozkręciliśmy się po długiej nocnej i tak mogłem wystartować z 46pozycji. Niestety popełniłem spory błąd na 1pkt(około 50’’), dalej szło dobrze, ale biegłem samemu, przez co tempo nie było zbyt mocne. Po drodze minął mnie Gvildys z Rehnsu, który jednak wybrał inny wariant na 7pkt. Gdybym wtedy schował mapę i kilka punktów poleciał z nim, na pewno wynik byłby lepszy. Teren wydawał mi się bardzo łatwy, ale wiedziałem, że dla najdłuższych tras będzie część dużo trudniejsza. Jeszcze bardziej tam zwolniłem, dzięki czemu nie popełniłem błędu. Niestety rozluźniłem się po tej części trasy i straciłem ponad minutkę na 15pkt. Od 16 punktu dostałem wsparcie w postaci dwóch zawodników, z którymi biegłem do 23pkt. Na końcu mogłem rozłożyć żagle i nieco im uciec. Całość pokonałem w 77’, awansowałem jedną pozycję i byłem w miarę zadowolony z biegu, głównie dlatego, że większość biegłem samodzielnie. Zespół skończył na 40miejscu. Pierwszy team pobiegł niestety poniżej oczekiwań i skończył na 9miejscu, chociaż dla mnie to i tak godny wynik.



Dodatkowo chciałbym zaprosić WSZYSTKICH, zwłaszcza początkujących oraz tych, którzy nie mieli styczności z BnO na akcję CAŁA POLSKA BIEGA Z MAPĄ !!! W sobotę między godziną 11 a 14 w 15 miastach w Polsce będzie można spróbować swoich sił z mapą(szczegóły na www.biegajzmapa.pl). Ja sam wybieram się na akcję organizowaną w Łodzi, która odbędzie się w Manufakturze(super pomysł!!!). Do zobaczenia !


wtorek, 1 maja 2012

Kwiecień


Korzystając z chwili wolnego między treningami przeanalizowalem kwiecień w moim wykonaniu i w skrócie to opiszę. Kwiecień- miesiąc, w którym oprócz flory do życia budzi się również BnO. Miesiąc, w którym zaczynają się starty oraz długo wyczekiwane bieganie w krótkich spodenkach na dużych prędkościach.

Miesiąc ten zacząłem z przytupem, od startu w GPŁ na 5km, co prawda warunki nie były jeszcze wiosenne, ale ściganie mimo wszystko na bardzo wysokich obrotach.

Następnie mogłem posiedzieć kilka dni w domu, po to by 4kwietnia wylecieć do Szwecji. Spędziłem tam naprawdę bardzo ważne, pod kątem przygotowań, 12dni. Na zakończenie tego wyjazdu wylano na mnie kubeł zimnej wody w postaci mocnego lania na Silva League. Cóż, Szwecja to jeszcze nie mój teren.

Po powrocie musiałem chwilkę odpocząć, by nabrać siły na kolejny techniczny wyjazd. Na Słowacji czułem się dużo pewniej, odżyłem biegowo, ale przede wszystkim z powrotem uwierzyłem w swoje możliwości techniczne. Może dlatego, że nie było żadnego gracza z górnej półki, który pokazałby mi, że wcale taki dobry nie jestem.

Nie zwalniając tempa po powrocie ze Słowacji, przespałem się jedną noc w domu i wyruszyłem dalej. Tym razem do Szklarskiej Poręby, popracować nad formą biegową, troszkę się odbudować i złapać oddech. Miało być to 11dni porządnego treningu, niestety po dwóch dniach, musiałem zjechać do Poznania na 3dni. Chociaż wiem, że zmarnowanie 3dni obozu, w perspektywie całego życia w wojsku to mała strata. I tak w Poznaniu zostałem przebadany od stóp do głów, przeszedłem Komisję Lekarską i jestem krok bliżej od podpisania kontraktu. Mogłem więc spokojnie wracać do Szklarskiej.
Trenując w polskiej mekce biegania, nie zapomniałem o mapie. W ostatni dzień kwietnia pobiegałem 2 traski sprinterskie w Jeleniej Górze. Mega fajny teren, znany wszystkim z GPP 2011. Przejścia, zakamarki, szczegóły, schody, oj dzieję się. Dzięki Zimi za przygotowanie i postawienie pkt!!! 




Dodatkowo, dzięki współpracy z Zimim mam możliwość ćwiczenia, masażu oraz dyskusji na tematy biegowe. Kilka ćwiczeń pokazało mi, że w niektórych mięśniach dalej mam braki, nad którymi już pracuję.


Kwiecień w liczbach:

Spędzone dni:
Szwecja – 12
Szklarska Poręba- 5
Słowacja – 5
dom-5
Poznań- 3

Przebiegnięte km:
całość- 455km
na mapie- 226km

Na szczęście w maju będę mógł więcej odpocząć. Zaraz po powrocie ze Szklarskiej, lecę na 10mile, po której spędzę w końcu więcej czasu w domu. Po za tiomilą zaplanowane mam 2 starty, KMP oraz start na Słowacji. Z tym drugim może być problem w przypadku złego występu w biegach eliminacyjnych na KMP, ale miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Słowacja po raz enty


Nie za długo nacieszyłem się domem po powrocie ze Szwecji. W środę wyjechałem po raz kolejny na Słowację. Tym razem był to wyjazd kadrowy, dzięki czemu każdy trening biegaliśmy na SI, na punktach stały lampiony(a nie tylko wstążki), a po każdym treningu mieliśmy analizy, na których mogłem się porównać z Guciem i Dudusiem. Dziękuje trenerom za świetną organizację !

Treningi zaczęliśmy od czwartku, od razu z grubej rury. Klasyk na dystansie 9,6km, na mapie, na której jeszcze nigdy nie biegałem! Zdziwiłem się, że jeszcze w okolicach Roznavy taka istnieje.
Wreszcie rozmieniłem magiczne 6’/km, biegałem po 5:48/km i popełniałem tylko małe błędy na wejściach(4,5 i 10pkt).



Popołudniu biegaliśmy sprint, który przebiegłem z mocno zaciągniętym hamulcem.



Na drugi dzień trenerzy zafundowali nam middle na mojej ulubionej mapie, która wydaje mi się być najbardziej zbliżona do tej na JWOCowy klasyk. Trenerzy starali się wykorzystać jak najbardziej tereny półotwarte, które na tej mapie są całkiem spoko.



Po treningu przenieśliśmy się z Roznavy do Koszyc, gdzie mogłem sobie przypomnieć specyfikę terenów pod middle i sztafety.
Pierwszy trening w terenie, który w znacznej części okazał się parkiem. Wspaniała odmiana dla zmęczonych nóg.



W sobotę rano mogliśmy poczuć w małej skali to co będzie czekało na nas 12 lipca. Nie czuję się w tym terenie zbyt mocny, trzeba czytać dużo elementów na dużej prędkości, co nie do końca mi pasuję. Od początku do końca biegłem bardzo szybko co skutkowało błędami kierunkowymi. Na 7 wyrosło dodatkowe bagno, przez co szukałem go za wcześnie. Czas 27’58’’.



Popołudniu po raz kolejny sprint biegany „na ręcznym”.



Ostatniego dnia znów middle, i znów spinałem pośladki. Tym razem skupiałem się na trzymaniu dobrego kierunku, co niestety nie było możliwe w ostatniej fazie biegu przez błędy na mapie. Czas 27’41’’ i wygrany zakład z całą załogą. Pamiętajcie, czekam na kinderki ;)



Był to kolejny bardzo udany wyjazd, zupełnie odblokowałem się po bieganiu w Szwecji. Nie robiłem zbyt dużych błędów, a osiągane czasy po raz kolejny napawają mnie optymizmem. Całości dopełnił sobotni spacer po terenie sprintu, który rozwiał wiele wątpliwości powstałych podczas analiz. Swoją drogą musieliśmy wyglądać na specyficznych turystów, chodząc po obskurnych podwórkach i oglądając wąskie przejścia. Forma biegowa cały czas idzie do przodu, więc mam nadzieję, że jej szczyt nadejdzie na początku lipca.

środa, 18 kwietnia 2012

Szwedzkie święta

Ostatnie kilkanaście dni zgodnie z planem spędziłem w Szwecji. Wyleciałem razem z Papusiem 4 kwietnia, po to by od 5 wyjechać z naszym szwedzkim klubem na obóz przed Tiomilą. W taki sposób spędziłem święta w iście świątecznej scenerii, tylko nie byłem pewien które to święta. Za oknem śnieg, na treningach mróz i padający biały puch. No cóż, wszystko trzeba znieść.
Jeśli chodzi o bieganie, to było dużo lepiej. Jak wiadomo w szwedzkim terenie nie można się nudzić. Na początku, każdy trening był dla mnie trudny, musiałem sobie przypomnieć ten sposób biegania.
Pierwszy trening asekuracyjnie, biegany w parze z Papim.



Drugi kontakt z mapą, to dwuzmianowe, nocne sztafety. Teren banalny, niestety popełniłem kilka małych błędów(2,6,7,10,11). Dlatego przybiegłem na 24miejscu, 90’’ za pierwszym. Jako, że w sztafecie miałem Ivara Lundanesa, to po jego biegu podskoczyliśmy jeszcze kilka pozycji.


(Gdzieś zagubiła mi się moja mapa, dlatego pod moimi przebiegami, czerwoną kreską przebiegi innego zawodnika)

Następne treningi to już teren pod Tiomilę, teren dość szybki, miejscami bardzo płaski. To co mi przeszkadzało to trudność poruszania się, ale odczuwam to w 80% szwedzkich terenów.

Najbardziej spodobał mi się sposób startowania na drugim piątkowym treningu. Zapowiedziano nam trening sztafetowy, nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Ustawiliśmy się w kolejce i kązdy po kolei rzucał kostką do gry, żeby wybiec trzeba było wyrzucić "6".





Kolejny start zaplanowany był na Wielką Sobotę. Klasyk. W lesie śnieg, zimno, do tego teren, który wydawał mi się na początku bardzo trudny. Nie widać tego nawet na moich przebiegach, ale pierwsze 6pkt biegłem źle. Asekuracyjnie, za wolno, czytając za dużo mapę. Później było już znacznie lepiej. Skończyłem na 7miejscu, przegrywając 8min.


Kolejne treningi w terenie Tiomili.

Wreszcie nastąpił jakiś przełom na treningu. Na drugim niedzielnym treningu, wychodziło mi wszystko tak jak bym chciał, czytałem tylko te ważniejsze elementy i potrafiłem biec z taką prędkością jaką wtedy chciałem. Jedynie małe błędy na 5 i 11.

W poniedziałek kolejny raz, mieliśmy okazję do pościgania. 5zmianowe sztafety dzienne. Podobno był to sprawdzian przed Tiomilą, ale moim zdaniem teren i obsada dużo poniżej tego co będzie się działo w dniach 5-6maja. Miałem biegać na 2zmianie, ale Papi się czymś zatruł i nie mógł wystartować na pierwszej. O zmianie dowiedziałem się 50min przed startem, obawiałem się śniadania, które jeszcze się nie strawiło. Na szczęście nic złego podczas biegu się nie działo. To był bardzo dobry bieg, przesuwałem się cały czas do przodu i myślałem, że jestem już w czubie, kiedy nagle na 5pkt zobaczyłem około 30osób walczących na łokcie. Była jedna puszka, która leżała już na ziemi, a ludzie bili się i przepychali walcząc o cenne sekundy. Tak straciłem około 30sekund na oczekiwaniu na swoją kolei. Kiedy wreszcie udało mi się podbić ten punkt, puściłem się w pogoń. Już na 8pkt byłem w pierwszej grupce. Dalej trzeba było się kontrolować na rozbiciach do 12pkt, po to by na ostatnie kilka punktów wsiąść w tramwaj i kasować bileciki. Dobiegłem na 17miejscu, z 40’’ stratą do prowadzącego grupę, ale jak się okazało minutę przed nim, samodzielnie przybiegł mój norweski rówieśnik.

W poniedziałek przenieśliśmy się do domku w Sodertalje, gdzie trenowaliśmy do piątku.




W środę ponownie staneliśmy na linii startu, ponownie 2zmianowe sztafety. Zapowiadano 1 zmianę dzienną i drugą nocną. Mnie wystawiono na pierwszej, dlatego nie zaopatrzony w lampę pojechałem na zawody. Start zaplanowany był na godz. 19.20, trasa 9,7km, więc niestety nie zabieranie lampy okazało się wielkim błędem. Już na 3pkt w lesie robiło się ciemno, a na 8 ciężko było mi czytać szczegóły. Od 11 pkt dobiegałem do punktów i czekałem aż ktoś go znajdzie, albo sam próbowałem coś czesać. Na szczęście na widokowym Papuś dał mi lampę i ostatnią pętlę mogłem już biec w jasnościach.

W czwartek krótki trening.

W piątek wyjeżdżaliśmy na najważniejszy dla mnie start tego wyjazdu. Mianowicie Silva League w Geteborgu. Na sobotę zaplanowany był klasyk, a na niedzielę middle. W piątek mocno obawiałem się swojej formy biegowej, byłem wypompowany, każdy krok w szwedzkim lesie to robienie siły. W sobotę okazało się jednak, że to nie forma biegowa jest problemem. Mogłem biec szybko, nogi odpoczęły, ale głowa nie potrafiła myśleć. Duży błąd zanotowałem już 1pkt, dalej bardzo niepewnie na 2 i 3. Na 4, źle zrealizowałem swoje założenia, ale nie wyszło najgorzej. Wielka amba miała dopiero nadejść. Na wydawałoby się łatwy 6pkt, straciłem ponad 2min. Nie potrafiłem tam wyczytać tego zielonego, dla mnie wszędzie były choinki. Dalej spiąłem pośladki i biegłem już całkiem nie źle, popełniając błędy wariantowe na 9 i 15pkt. Przegrałem aż 13min!!! Co dało mi 19 miejsce. Wszystkie błędy oceniłem na 6-7min, dlatego mocno podłamałem się po tym biegu. Przetrenowałem całą zimę, wydawało mi się, że biegowo jest bardzo dobrze, a tutaj taka przepaść?! Marius, jak Ty to robisz?!

W niedzielę przede wszystkim chciałem się podbudować. Założenia były proste, dobre wejść w bieg, nie robiąc błędów, a dalej przyśpieszać. Udawało mi się to bardzo dobrze, do 5pkt biegłem tak jak to sobie zaplanowałem. Na pierwszym dłuższym przebiegu postanowiłem przyśpieszyć, wyszło mi to fatalnie, straciłem 2min na 6pkt. Dalej dobrze, poza błędem wariantowym na 11(90’’ straty!!!). Tuż za 16pkt przytrafiło mi się coś mega dziwnego, przebiegając przez małe bagno zgubiłem buta. Chciałem go szybko znaleźć, ale po kilkudziesięciu sekundach poszukiwań stwierdziłem, że nie mogę tutaj stracić tyle czasu i dokończyłem bieg bez buta. Przegrałem 6min i zająłem 23miejsce, ale z tego biegu jestem dużo bardziej zadowolony. Gdyby nie te błędy na 6,11 i 15, mógłbym spokojnie wejść w szóstkę.

(Niestety tej mapy również nie mam , dlatego pod moimi przebiegami, jest ścieżka z garmina innego zawodnika.)
Po biegu pozwolono mi zorganizować akcję ratowniczą mojego buta. Po 20minutach poszukiwań w lodowatym bagnie, wyciągnąłem Icebuga z głębokości około 40cm. Tak więc tego dnia jakiś sukces zanotowałem!

Jestem szczęśliwy, że mogłem biegać w takim terenie, podpatrywać i rozmawiać z gwiazdami naszego sportu i miło spędzić święta w towarzystwie Papiny. Oby więcej takich wyjazdów!

środa, 4 kwietnia 2012

GPŁ w biegach przełajowych 2012

Zaplanowałem, że pierwszy dzień kwietnia przywitam uczestnicząc w ostatniej odsłonie Grand Prix Łodzi w biegach przełajowych 2012. Dystans ten sam co zawsze, a więc 5km(wg mojego Garmina  4,99-5km). W lutym na tej imprezie ustanowiłem rekord trasy, który został pobity na kolejnym etapie przez Tomka Osmulskiego. Cel, więc był prosty, mianowicie ustanowić nowy rekord. Czas z którym się ścigałem to 16’16’’. Niby nic nadzwyczajnego, ale biorąc pod uwagę trasę, pogodę 1kwietnia oraz to, że startowałem bezpośrednio po obozie technicznym nie dawało mi wielkich nadziei. Na szczęście na starcie zjawiło się 2 całkiem dobrych graczy, którzy żwawo prowadzili, a kiedy zwolnili, mogłem ich wyprzedzić i do końca utrzymywać mocne tempo. Pierwsze koło wykręciłem w 8’06’’, więc wiedziałem, że rekord jest w moim zasięgu. Drugie koło to już samotny bieg. Na szczęście biegło mi się na tyle dobrze, że udało mi się drugą pętlę pokonać w tym samym czasie co pierwszą. Łączny czas 16’12’’ i uśmiech od ucha do ucha za linią mety.



Dziś lecę na 12dni do Szwecji, szkolić swoje umiejętności techniczne. Tak więc, WALKA TRWA !